Polub nas na facebooku:    
NCAA ma się dobrze i będzie tylko lepiej

Głośnym echem odbiła się decyzja Jalena Greena o rezygnacji z gry w NCAA na rzecz nowego projektu G League i niektórzy już zdążyli ogłosić koniec NCAA, a dokładniej porażkę w walce o topowych prospektów. W końcu jeden z dwóch najlepszych graczy klasy 2020 odrzucił stypendium na rzecz prawdziwych pieniędzy (według różnych źródeł ze wszystkimi bonusami ma zarobić od 500 tysięcy do 1 miliona dolarów). A gdy wkrótce po nim kolejni „5-gwiazdkowi” rekruci Isaiah Todd oraz Daishen Nix porzucili college, a konkretnie uczelnie Michigan oraz UCLA i zdecydowali się na kontrakty opiewające na 250-300 tysięcy dolarów, wyznawcy NBA prześcigali się w zachwytach nad nowym projektem NBAGL. Muszę jednak ostudzić te zapędy, bo niewiele to tak naprawdę zmieni (co roku zawodnicy wybierają inne opcje), a nawet jeśli to NCAA spokojnie sobie z tym poradzi.

Jak słusznie zauważył Mark Titus na Twitterze, to NBA w obronie własnych interesów i klubów wprowadziła przepis zmuszający zawodników po szkole średniej do spędzenia przynajmniej roku w NCAA lub innej lidze. W międzyczasie czarna strefa w świecie akademickiej koszykówki weszła na wyższy poziom, bo pojawili się lepsi gracze, gorętsze nazwiska i większa kasa, czego efektem jest głośna afera z udziałem FBI. Nagle rusza akademia G League (tak roboczo to nazywam), w której czołowe prospekty będą otrzymywać ciekawe wynagrodzenie bez opuszczania Stanów i NBA zbiera oklaski za rozwiązanie problemu, do którego rozwoju wyraźnie się przyczyniła. Wciąż jednak władze NBA nie zamierzają przywrócić przepisów draftowych sprzed 2006 roku, co najlepiej obrazuje, że dobro graczy wcale nie jest na pierwszym miejscu.

„Akademia” G League nie ma być w żaden sposób powiązana z żadną z obecnych drużyn ligi, ani organizacją NBA. Zespół ma być zbudowany z czołowych prospektów powyżej 18. roku życia, a skład mają uzupełnić bliżej nieznani weterani. Tak naprawdę będzie funkcjonował obok NBAGL, ponieważ nie będzie rywalizować w rozgrywkach, a jedynie rozgrywać sparingi, w tym także z podobnymi akademiami spoza Stanów. Młodzi zawodnicy mają być kontraktowani tylko na rok, podczas którego korzystając z dostępnego zaplecza sportowego oraz wiedzy różnych ekspertów i doradców mają się przygotowywać do gry w NBA. Co ciekawe będą również mogli skorzystać bezpłatnie z nauki na uczelni Arizona State i po zakończeniu swojej przygody w „akademii” będą mieli pięć lat na dokończenie studiów. Na papierze wygląda obiecująco, ale w praktyce może być różnie.

Przede wszystkim nie jest to projekt skierowany do wszystkich graczy, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z NCAA, a dla wybranych z dużymi szansami na wybór w drafcie. To nie przypadek, że Jabri Abdur-Rahim, syn szefa G League – Shareefa Abdur-Rahima zagra w Virginii,  zamiast w nowym projekcie ojca, o czym wspomina Jakub Wojczyński z Przeglądu Sportowego. Wątpliwości budzi również brak gry o stawkę, bez presji, co raczej nie pomaga w rozwoju zawodników. Dodatkowo w porównaniu do NCAA zainteresowanie NBAGL jest na niskim poziomie. Na trybunach średnio 2500 widzów, przy często niemal 20-tysiącach u topowych programów akademickich, a transmisje spotkań głównie w NBA TV lub internecie, przy większości spotkaniach w krajowych telewizjach jak ESPN, FOX czy CBS w przypadku NCAA. Łatwiej zbudować swoją markę oraz wartość medialną grając w NCAA, a także jeśli coś pójdzie nie tak zawsze jest opcja pozostania na kolejne lata. Do drużyny wybrańców G League trafia się tylko na rok i jeśli w tym czasie nie przekona się do siebie skautów NBA, pozostaje opcja wyjazdu za granicę albo dołączenie do rozgrywek, ale już na mniej korzystnych warunkach. Zdaje się więc, że to konkurencja bardziej dla australijskiego projekt „Next Star”, z którego w ostatnim sezonie skorzystali LaMelo Ball i RJ Hampton. W NBL jednak choć młodzi zawodnicy rywalizują normalnie w rozgrywkach, to otrzymują wyraźnie mniejsze pieniądze.

Na tę chwile wiemy więc o trójce czołowych graczy (wszyscy z Top 15 w swojej klasie według różnych rankingów), którzy wybrali nową drogę, ale niewykluczone, że wkrótce pojawią się kolejne nazwiska. G League wciąż nie przestaje rekrutować, nawet wśród zawodników, którzy już wcześniej zdążyli zadeklarować chęć gry na uczelni, co skrytykował ostatnio trener Memphis – Penny Hardaway. Co ciekawe, wiemy o przynajmniej kilku graczach, którzy nie rzucili się na łatwą kasę i zdecydowali się bezpłatnie skorzystać z możliwości jakie daje liga uniwersytecka. Jeden z pięciu najlepszych graczy tegorocznej klasy Terrence Clarke, pomimo wysokiej oferty zdecydował się pozostać na kampusie Kentucky. Greg Brown według doniesień amerykańskich mediów odrzucił kontrakt na 300 tysięcy dolarów i w najbliższym sezonie wystąpi w zespole Texas. Makur Maker natomiast powiedział wprost, że choć miał propozycje z NBAGL, to bierze pod uwagę tylko NBA i ewentualnie NCAA. Kto postąpił słusznie? Najszybciej przekonamy się o tym w przyszłym roku i będziemy w stanie napisać coś więcej w zależności od tego, jak potoczy się los Greena, Todda czy Nixa. Teraz wiemy, że nie ma idealnej drogi dla młodych graczy, a przypadki Mitchella Robinsona oraz Dariusa Bazley’a pokazują, że na drodze do NBA można i przez rok nigdzie nie grać, poświęcając ten czas tylko na treningi.

Czy nowa „akademia” G League wpłynie na ligę NCAA? Niespecjalnie. Od kilku lat zawodnicy wybierają inne opcje, bo też nie każdy musi chcieć iść na studia i ta liczba z roku na rok nieznacznie rośnie. Jeszcze kilka lat temu byli to pojedynczy gracze i skupiając się na tych czołowych prospektach w 2018 roku z możliwości gry w NCAA zrezygnowało dwóch (Anfernee Simons i Darius Bazley), w 2019 ponownie dwóch (LaMelo Ball i RJ Hampton) i w 2020 jak na razie czterech (oprócz trójki z G League jeszcze Makur Maker). Na tę chwilę nie wygląda to więc na wielką rewolucje, choć oczywiście jeszcze sporo może się wydarzyć. Naturalnie nie można powiedzieć, że brak tak utalentowanych zawodników nie wpłynie w żaden sposób na rozgrywki uniwersyteckie, bo oczywiście im lepsi gracze na boisku, tym lepiej dla wszystkich. Ale te 15-20 lat temu wielu graczy wybierało NBA zamiast NCAA i rozgrywki wciąż przyciągały fanów, a turniej March Madness standardowo cieszył się ogromnym zainteresowaniem i nawet gdyby zabrakło 20-30 najlepszych prospektów w tej materii niewiele by się zmieniło. Nawet patrząc pod kątem NBA liga akademicka nie byłaby tylko fabryką zadaniowców, bo kilka perełek można by wynaleźć. Choćby Ja Morant przychodząc do Murray State był graczem praktycznie anonimowym, a gdzie jest teraz każdy widzi. Podobnie Obi Toppin typowany do wysokiego wyboru w najbliższym drafcie zaczynając swoją przygodę w Dayton nie był w ogóle rozpatrywany w kontekście NBA. Podobnych graczy jest dużo więcej, a wkrótce będą kolejni.

NCAA wcale jednak nie jest na straconej pozycji, bo dzięki ostatniej decyzji może włączyć się do walki również o tych najlepszych prospektów. Doczekaliśmy się pozytywnych efektów głośnego skandalu z udziałem FBI i zawodnicy akademiccy od sezonu 2021-22 będą mogli korzystać ze swojego wizerunku w celach zarobkowych. Nie oznacza to jednak, że gracze otrzymają wynagrodzenie za swoją grę, bo w dalszym ciągu uczelnie – poza stypendium wraz z opłacaniem niezbędnych kosztów – nie będą mogły swoim podopiecznym płacić dodatkowych pieniędzy. Podobnie według przepisów w procesie rekrutacji nic się nie zmieni, choć to tylko teoria. Zawodnicy natomiast będą mogli brać udział w reklamach, czy podpisywać kontrakty sponsorskie z dużymi firmami odzieżowymi lub lokalnymi biznesami. Standardowo na wolny rynek nie ma co liczyć, bo wszystko nadzorować będzie specjalna komisja powołana przez NCAA, między innymi pilnująca by przekazywane kwoty nie były sztucznie zawyżane. Wszystkie szczegóły mamy poznać w najbliższych tygodniach, ale już teraz wiemy, że np. zawodnik grający w drużynie sponsorowanej przez Nike nie będzie mógł podpisać umowy np. z Adidasem. Podobnie występując w reklamach nie będzie mógł mieć na sobie odzieży ani gadżetów posiadających logo swoich zespołów. Można powiedzieć, że co najmniej kilka lat za późno, ale jest to krok we właściwym kierunku i pozostaje mieć nadzieję, że tylko jeden z wielu.

Kosi
03.05.2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Informujemy, iż administratorem Twoich danych osobowych jest Krzysztof Kosidowski. Kontakt z administratorem: e-mail: kosi@collegehoops.pl
Podanie danych osobowych zawartych w formularzu jest dobrowolne. Jednocześnie przysługują Ci prawa dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania (aktualizacji) lub usunięcia, ograniczenia ich przetwarzania, przenoszenia, a także sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych osobowych oraz niepodlegania zautomatyzowanemu podejmowaniu decyzji (profilowaniu). Masz także prawo wnieść skargę w związku z przetwarzaniem przez nas Twoich danych osobowych do organu nadzorczego. Twoje dane osobowe będą przetwarzane na podstawie art. 6 ust. 1 lit. B ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27.04.2016 w celu obsługi i realizacji usługi.
strony internetowe Wałbrzych HM sp. z o.o.
www.hm.pl | hosting www.hostedby.pl